GSB, czyli Główny Szlak Beskidzki to najdłuższy szlak pieszy w Polsce. Liczy sobie 500 km, podczas których trzeba pokonać 22 000 metrów do góry. O głównych założeniach naszej wyprawy pisałam jeszcze przed wyjazdem tu <klik>.

Do Ustrzyk Górnych dojeżdżamy w sobotę po południu 8 sierpnia. Założenie było, że śpimy na polu namiotowym, bo pod dachem nic wolnego nie mogliśmy znaleźć. Niestety po dojechaniu na miejsce okazuje się, że pola namiotowe są pełne! Namiot na namiocie, człowiek na człowieku! Trochę nas to przeraża, tym bardziej, że mamy niby spędzić tu dwa dni.

Jedyne co jeszcze przychodzi nam do głowy, to podejść do Domu Rekolekcyjnego im. Jana Pawła II, w którym spaliśmy kiedyś przy okazji zimowego wypadu na Tarnicę <klik>. Jesteśmy zdziwieni, bo okazuje się, że są jakieś wolne miejsca w drewnianych domkach. Pani ostrzega, że warunki są bardzo podstawowe, ale my i tak nie mamy alternatywy, więc od razu się zgadzamy. Płacimy 15 zł/os za dobę.

W niewielkim domku faktycznie upchanych jest tyle ludzi, ile tylko było można. My jednak zajmujemy sobie mały pokoik z piętrowymi łóżkami. Niestety, jest dość brudno, wszędzie wiszą pajęczyny, które nie były chyba sprzątane od miesięcy.

My jednak mamy jeszcze dużo rzeczy na głowie, więc zabieramy się do wielkiego przepakunku. Zazwyczaj lubię być spakowana już przed przyjazdem na miejsce, ale w tej sytuacji, gdy dużą część rzeczy wykorzystywałam na kajakach, było to niemożliwe.

Pierwszy dzień GSB zamierzamy zrobić na lekko, tylko z jedzeniem i piciem, bez całego majdanu campingowego.

Bo skoro trasa jest pętlą to aż żal z tego nie skorzystać. Powoli zaczynają też budzić się emocje. Pojawia się podekscytowanie, ale i obawy, jak to będzie.

Budzik ustawiamy na 6 rano.

Budzimy się zwarte i gotowe. Szybkie śniadanie, później dopakowujemy ostatnie rzeczy i wychodzimy. Maks wiezie nas do Wołosatego, gdzie czeka na nas czerwona kropka.

Przy okazji, nie wiem, czy wiecie, ale Wołosate to najbardziej wysunięta na południe zamieszkana miejscowość w Polsce.

Początek GSB w Wołosatem
Początek GSB w Wołosatem

Najtrudniejsze jest pożegnanie się z Maksem. Od dwóch miesięcy odkąd jesteśmy małżeństwem nie rozstawaliśmy się na dłużej niż kilkanaście godzin. A tu nagle mamy się rozdzielić być może nawet na 3 tygodnie. Nienawidzę pożegnań, bo jestem bardzo emocjonalna i zawsze jest to dla mnie ciężkie. Cieszę się, że daszek czapki zakrywa mokre policzki…

W końcu jednak ruszam szybko przed siebie i nie oglądam się do tyłu.

Teraz już nie ma odwrotu. GSB czas zacząć!

Pierwszym przystankiem jest punkt biletowy. To tu przybijamy pierwsze pieczątki do naszych książeczek PTTK. Bogatsze w stempelek i biedniejsze w kilka złotych ruszamy już w pełni na szlak.

Warto pamiętać, że szlak poprowadzony jest w strefie przygranicznej, co oznacza, że każdy turysta powinien mieć przy sobie dokument tożsamości.

Idziemy cały czas drogą, są momenty asfaltowe, ale są i odcinki o nawierzchni szutrowej. Cały czas towarzyszy nam też ścieżka przyrodnicza o florze i faunie na szlaku.

Droga szutrowa
Tak wygląda szlak do Przełęczy Bukowskiej

Jednym z ciekawszych miejsc jest starorzecze potoku Wołosatka. Niemal na całej powierzchni pokryte jest rdestnicą pływającą (to to zielone na powierzchni wody ;))

Starorzecze Wołosatki pokryte roślinnością
Starorzecze potoku Wołosatka

Przerwę robimy na Przełęczy Bukowskiej. Warto podejść jeszcze kilkadziesiąt metrów w stronę granicy, bo rozciągają się tam przepiękne widoki na ukraińską część Bieszczad. My popas robimy tu, ale przy brzydkiej pogodzie albo upale można schronić się w dużej wiacie tuż przy szlaku. Znajdziemy tu nawet zadaszone WC, zaledwie kilkanaście metrów dalej.

Ukraińskie Bieszczady widziane z Przełęczy Bukowskiej
Ukraińskie Bieszczady widziane z Przełęczy Bukowskiej
Wiata turystyczna na Przełęczy Bukowskiej
Wiata turystyczna na Przełęczy Bukowskiej

Odtąd szlak rusza trochę mocniej do góry, ale w zasadzie nie zwracamy na to uwagi, bo widoki aż zapierają dech w piersiach. Podchodzimy na Rozsypaniec, a z tyłu pokazuje nam się jeszcze więcej ukraińskich Bieszczad.

Widok na ukraińskie Bieszczady z podejścia na Rozsypaniec
Widok na ukraińskie Bieszczady z podejścia na Rozsypaniec

Z każdą minutą na szlaku pojawia się coraz więcej osób. Niestety, spora część zdaje się nie widzieć barierek i „zdobywają” wszystkie możliwe wychodnie skalne przy szlaku.

Przechodzimy przez szczyt Rozsypańca (1280 m n.p.m.) i ruszamy dalej w stronę Halicza.

Widoki są niesamowite!
Widok na Rozsypaniec i Halicz
Na szczycie Rozsypańca (1280 m n.p.m.). Dalej widać ścieżkę na Halicz (1333 m n.p.m.).
Widok na Halicz
Halicz (1333 m n.p.m.) w pełnej okazałości.

Kilkanaście minut później meldujemy się na szczycie Halicza (1333 m n.p.m.). Co ciekawe, jest on tylko o 13 m niższy od Tarnicy (1346 m n.p.m.).

Na szczycie Halicza
Szczyt Halicza (1333 m n.p.m.). Na prawo od krzyża widać masyw Tarnicy.

Robimy tu krótką przerwę na posilenie się i podziwianie widoków.

Dalsza trasa prowadzi trawersem przez południowe zbocza Kopy Bukowskiej i Krzemienia.

Widok na Kopę Bukowską, Krzemień i Bukowe Berdo.
Widok na Kopę Bukowską, Krzemień i Bukowe Berdo.

Na Przełęczy Goprowskiej do naszego szlaku dołącza się niebieski z Bukowego Berda. Od tej pory dużo turystów zamienia się w BARDZO dużo turystów. Cała wiata powyżej przełęczy jest pełna. Tuż obok niej znajduje się źródło, ale jego wydajność jest bardzo słaba tego dnia. Uzupełnienie zapasów wody byłoby w zasadzie niemożliwe. Przed laty, w miejscu obecnej wiaty, mieściła się letnia namiotowa baza GOPR. Stąd też nazwę wzięła przełęcz.

Spod wiaty czeka nas dość strome podejście schodami na Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.). Tutaj znajduje się rozdroże szlaków. Najwyższy szczyt polskich Bieszczad – Tarnica (1346 m n.p.m.) znajduje się poza GSB. Mimo to, warto poświęcić te 15 minut na wejście na szczyt.

Szczyt Tarnicy z krzyżem
Tarnica (1346 m n.p.m.) to najwyższy szczyt polskiej części Bieszczad.
Na szczycie jest mnóstwo ludzi.

Niestety, podobnie jak przy Rozsypańcu, barierki i tablice zdają się być jeszcze bardziej niewidzialne.

Turyści ignorujący zakaz
Coraz więcej turystów to niestety analfabeci…
Na szczycie Tarnicy (1346 m n.p.m.).
Na szczycie Tarnicy (1346 m n.p.m.).

Na szczycie nie spędzamy dużo czasu, bo liczba innych turystów nas skutecznie do tego zniechęca. Jest niesamowity gwar i harmider. Jeden drze się do drugiego z kilkudzięsięciu metrów, tam kłóci się jakaś para, a jeszcze gdzie indziej dziecko płacze, że chce do domu. Mimo najszczerszych chęci nie usłyszysz tu przyrody…

Dalszy odcinek szlaku prowadzi przez Tarniczkę i grań Szerokiego Wierchu. Nie mogę wyjść z podziwu, jak wszystko to wygląda inaczej latem. Nie umiem się zdecydować, czy bardziej wolę Bieszczady pokryte warstwą śniegu <klik>, czy trawą.

Widok na Tarniczkę (1315 m n.p.m.) i Tarnicę (1346 m n.p.m.).
Widok na Tarniczkę (1315 m n.p.m.) i Tarnicę (1346 m n.p.m.).

Ostatnia część szlaku prowadzi w dużej mierze przez drewniane kładki i podesty, aby ominąć błoto. Na sam koniec wychodzimy na asfaltową drogę, która sprowadza nas już bezpośrednio do centrum Ustrzyk Górnych.

Drewniane kładki, dzięki którym nie trzeba brodzić w błocie.
Drewniane kładki, dzięki którym nie trzeba brodzić w błocie.

Prosto ze szlaku idziemy do Kremenarosa na obiad. Niestety, ceny są dość wysokie. Za bardzo przeciętnego schabowego płacę 32 zł. Dobijamy sobie też drugą pieczątkę tego dnia. Wracając zahaczamy jeszcze o sklep spożywczy.

Podsumowanie dnia:

  • Dystans: 25 km (z jedzeniem i sklepem)
  • Czas: 8 h
  • Punkty GOT: 35 (z jedzeniem i sklepem)
  • Suma podejść: 983 m
  • Wydane: 66,49 zł
    • nocleg: 15 zł
    • obiad Kremenaros: 32 zł
    • sklep: 15,49 zł
    • bilet ulgowy Bdpn: 4 zł

Pierwszy dzień GSB był stosunkowo krótki, bo tylko 8 h na szlaku. Mimo to byłyśmy dość zmęczone. Ja bardzo czuję stopy, są obolałe, jakby odbite. Pocieszamy się, że to nasz pierwszy dzień w górach od pół roku, więc ma prawo boleć. Pełne nadziei zabieramy się za pakowanie reszty rzeczy, które zostały w Ustrzykach i dość wcześnie idziemy spać, bo następnego dnia budzik ma zadzwonić o 5:30…

GSB dzień 2 <klik>