Budapeszt już raz miałam okazję widzieć. Fakt, że był to środek nocy, po dwutygodniowej wyrypie w górach, sprawił jednak, że za dużo zobaczyć mi się nie udało. Tym razem dostałam szansę to naprawić. Choć trzeba przyznać, że pogoda nie była łaskawa i nasze zwiedzanie możnaby śmiało nazwać „Budapeszt – zwiedzanie od fontanny do fontanny” 😉

Kurs Przewodników Górskich robię już 4 rok. A to nie zdałam egzaminu topograficznego i musiałam czekać rok na powtórkę, a to rok przerwy, a to ślub i tak dalej, i tak dalej. Tym razem postanowiłam jednak się ogarnąć i wziąć udział w ostatecznym egzaminie kończącym kurs. Fajne miejsce, fajni ludzie, a może przy okazji udałoby się nawet zaliczyć?

Większość wyjazdu odbywała się w górach Trascau i Bihor. Jednak zanim tam dotrzemy, mamy jeszcze dwa przystanki po drodze: Turdę oraz wspomniany już w tytule Budapeszt.

Orientacyjny koszt zakupu 1000 forintów na dzień publikacji wpisu to 13 zł.

Dojazd do Budapesztu

Muszę od razu przyznać, że początkowo nie mieliśmy w planach zwiedzać stolicy Węgier i w zasadzie zmusił nas do tego transport. A dokładniej 14 godzinna przesiadka między pociągiem, a busem. Przecież nie będziemy tyle siedzieć na dworcu, prawda? 😉

Z Warszawy do Budapesztu jedziemy pociągiem IC. Oczywiście już na starcie mamy pół godziny opóźnienia, ale nie robi już to na nas wrażenia. Za dużo się najeździliśmy z naszym przewoźnikiem. Cieszymy się, że to tylko półgodzinny rozjazd 😉

Warszawa żegna nas błyskawicami i złowieszczymi pomrukami. Jakby chciała pokazać, że przez najbliższe dwa tygodnie nie jesteśmy tu mile widziani…

Jak jeszcze można się dostać do Budapesztu?

Oprócz wersji pociągowej, mamy jeszcze busy (my w drodze powrotnej korzystaliśmy z flixbusa) oraz drogę lotniczą.

Na pewno zastanawiacie się, co jest wygodniejsze i jak to wypada cenowo?

W naszym przypadku za pociąg IC do Budapesztu zapłaciliśmy średnio 174 zł. Część biletów była tańsza, część trochę droższa. Warto też dodać, że bilety na ten pociąg można kupić tylko w kasie na dworcu, nie ma opcji żeby zrobić to przez internet. Jeśli będziecie mieć szczęście, to może za pierwszym razem uda Wam się trafić na ogarniętą kasjerkę. My tego szczęścia nie mieliśmy i fatygowaliśmy się na dworzec kilkukrotnie, za każdym razem wzbudzając w kasie popłoch i słysząc inną cenę. Zaczęliśmy od 600 zł, ostatecznie wyszło niecałe 200 zł. Także wszystko zależy od Waszego szczęścia…

Drugą opcją jest dojazd do Budapesztu busem. To opcja wcale nie dłuższa i często korzystniejsza cenowo. My za bilety powrotne Flixbusem zapłaciliśmy 114 zł od osoby. I muszę przyznać, że jechało mi się nawet wygodniej niż pociągiem. Aczkolwiek może to być kwestia zmęczenia i tego, że było mi już wszystko jedno, byle dali mi spać i święty spokój.

Ostatnią opcją jest lot bezpośredni z Warszawy do Budapesztu. Najszybciej, najwygodniej, a cena zależy tylko od terminu i obłożenia samolotu. Jeśli chcecie wyskoczyć na weekend, to zdecydowanie skupcie się na tej opcji transportu.

Co zrobić z bagażem w czasie zwiedzania?

Chodzenie cały dzień po Budapeszcie z 20 kilowym plecakiem brzmi raczej jak średni pomysł, prawda?

Dlatego też zostawiamy nasze wielkie plecaki w przechowalni bagażu na Dworcu Wschodnim (Keleti). Do wyboru są małe schowki (400 HUF) albo duże (600 HUF). Mamy szczęście, że w duże skrytki mieszczą się 2-3 plecaki, więc wychodzi to całkiem korzystnie cenowo. Na całym dworcu są dwie przechowalnie, obie czynne są całodobowo, więc niezależnie od Waszych planów możecie z nich skorzystać, bez obawy, że później nie będziecie mogli odzyskać bagażu.

Budapeszt – jak działa komunikacja miejska?

Komunikacja miejska w Budapeszcie jest dobrze rozwinięta. Do dyspozycji mamy 4 linie metra, autobusy i tramwaje. Całodzienny bilet kosztuje 1650 HUF. My jako większa grupa kupujemy sobie bilety grupowe, które opłacają się już przy trzech osobach. Ich koszt to 3300 HUF i może na nich jeździć maksymalnie 5 osób.

Wszystkie typy biletów oraz rozkłady jazdy znajdziecie na oficjalnej stronie transportu publicznego w Budapeszcie.

Terror Haza, czyli co skrywa w swojej historii Budapeszt?

Terror Haza - Dom Terroru w Budapeszcie
Terror Haza – Dom Terroru w Budapeszcie.

Po zostawieniu plecaków kierujemy się do linii metra M2 i jedziemy do stacji Deák Ferenc tér. Tutaj przesiadamy się w linię M1 i jedziemy do stacji Vörösmarty utca (kierunek Mexicòi). Cały czas uważając oczywiście, żeby nie zabić się na ruchomych schodach, które jeżdżą tu dwa razy szybciej niż u nas. Jeśli macie problem ze sprawnym wsiadaniem na ruchome schody w Polsce, to jazda metrem w Budapeszcie może być dla Was ciut traumatyczna…

Jest wcześnie, a my jesteśmy ledwo przytomni po nieprzespanej nocy. Szybko pada więc propozycja kawy. Najbliżej jest McDonald’s, więc nie wybrzydzamy. Ja miałam nadzieję na lody, ale jakoś węgierskie smaki do mnie nie trafiły. Jeszcze większe zdziwienie czekało osoby, które zamówiły kawę. Wszystkie napoje okazały się bezkofeinowe 😉

Jeszcze kilka kroków i stajemy przed najbardziej znanym muzeum w Budapeszcie – Terror Haza. Jest to zdecydowanie mocne otwarcie zwiedzania Budapesztu, ale mamy nadzieję, że tak rano nie będzie kolejki chętnych i oszczędzimy dzięki temu trochę czasu.

I mamy rację. Terror Haza można zwiedzać w godzinach 10-18:00. Pod drzwiami jesteśmy 15 minut przed otwarciem i oprócz nas jest tylko kilkanaście osób.

Bilety do muzeum kosztują 3000 HUF normalne i 1500 HUF dla osób poniżej 26 roku życia. Jeśli chcecie wypożyczyć audioguida to zapłacicie dodatkowo 1500 HUF (nie ma polskiego). My się na to decydujemy, ale ja szybko się poddaję i zdejmuję słuchawki. Nie potrafię skupić się na słuchaniu guida i filmów puszczanych w salach, czytaniu i oglądaniu jednocześnie. Za dużo tego…

Z ważnych informacji, to na terenie muzeum obowiązuje zakaz fotografowania. Możecie zrobić tylko zdjęcie czołgu znajdującego się na początku trasy, a potem całkowity zakaz. Obowiązkowo musicie też zostawić odzież wierzchnią i większe bagaże.

Całe muzeum podzielone jest na 3 piętra, z czego największe wrażenie robi ostatni poziom. Wystawa jest mocno interaktywnana i jest bardzo dużo informacji. Cały czas jesteśmy w XX wieku i dowiadujemy się o czasach okupacji hitlerowskiej, a potem sowieckiej.

Jakie wrażenie zrobił na mnie Dom Terroru?

Hmmm… Mam problem z odpowiedzią na to pytanie. Z jednej strony wyszłam stamtąd poruszona, z drugiej strony miałam duży niedosyt, bo wielu rzeczy nie zrozumiałam. Bardzo brakowało mi tablic w języku angielskim, a audioguida nie mogłam zdzierżyć. Pewnie to też kwestia tego, że więcej rozumiem czytając, niż słuchając. Ale czułam się też mocno przebodźcowana po tych dwóch godzinach.

Czy polecam zobaczyć to muzeum? Zdecydowanie tak!

Największe wrażenie zrobiły na mnie krótkie filmy dokumentalne puszczane w poszczególnych salach oraz przejazd na najniższe piętro. Same cele również wywołały dreszczyk, ale ponownie brakowało mi informacji, co ja w zasadzie widzę. Rozumiem, że głównie chodziło o klimat i odczucia, ale jednak mi tego zabrakło.

Mimo tego, bardzo polecam zajrzeć, bo większość osób jest pod bardzo dużym wrażeniem wystawy. Pamiętajcie tylko o zapasie czasu, bo zwiedzanie zajmuje około 2-3 godziny.

Dodam jeszcze, że dla mnie to jedno z lepszych muzeów, w jakich byłam. Aczkolwiek ja do muzeów chodzę bardzo rzadko, więc bazę porównawczą mam raczej skromną 😉

Plac Bohaterów

Hösök tère - Plac Bohaterów w Budapeszcie
Hösök tère – Plac Bohaterów

Z Domu Terroru znowu wsiadamy w metro i jedziemy do stacji Hösök tère, czyli na Plac Bohaterów, zwany także Placem Millenijnym.

Jest to jeden z największych i najważniejszych placów w całym Budapeszcie. Pierwsze co zwraca uwagę osoby przechodzącej obok, to Pomnik Tysiąclecia, który został wybudowany, aby uczcić 1000-lecie państwa węgierskiego. Główną częścią pomnika jest 36-metrowa kolumna z archaniołem Gabrielem, który według legendy ukazał się pierwszemu królowi Stefanowi i nakazał mu przyjęcie korony.

Dookoła pomników wybudowano jeszcze półkolistą kolumnadę, w której swoje miejsce znalazło kolejne 14 postaci ważnych dla węgierskiej historii.

Na placu spędzamy tylko chwilę, bo słońce praży strasznie. Szybko kierujemy swoje kroki w cień.

Park Városliget, czyli jak rok 1896 zmienił Budapeszt

Plan parku miejskiego Varosliget
Plan parku miejskiego Varosliget.

Városliget to park położony w samym centrum Budapesztu. Oferuje tak wiele atrakcji, że aż ciężko się zdecydować, co zobaczyć najpierw. Muszę przyznać, że park skradł moje serce. Nie mogę oderwać wzroku od pięknych, szerokich alei platanowych, które dają nam upragniony cień.

W pierwszej kolejności nasze kroki kierujemy do Zamku Vajdahunyad i Kaplicy Jaki. Choć wiem, że to też budynki powstałe z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego (1896), to trzeba przyznać, że wyglądają na naprawdę wiekowe. A już szczególnie podoba mi się brama opleciona bluszczem.

Widok na  Zamek Vajdahunyad z drugiej strony jeziorka.
Widok na Zamek Vajdahunyad z drugiej strony jeziorka.

Bazylika św. Stefana

Bazylika św. Stefana z zewnątrz.
Bazylika św. Stefana z zewnątrz.

Naszym ostatnim przystankiem przed obiadem jest Bazylika św. Stefana.

Budynek już z zewnątrz robi wrażenie, ale prawdziwy ogrom można poczuć dopiero będąc w środku. Bazylika jest ogromna! A i wnętrze robi wrażenie…

Według oficjalnych danych świątynia może pomieścić do 8000 wiernych. Dużoooo… Jednocześnie Bazylika św. Stefana jest jednym z dwóch najwyższych budynków w mieście i tak jak budynek parlamentu ma 96 metrów wysokości. Czy to przypadek? Nie do końca…

Liczba 96 ma dla Węgrów szczególne znaczenie. W 896 roku powstało Królestwo Węgierskie, a 1000 lat później, w 1896 roku rozpoczęto budowę bazyliki oraz parlamentu. No i wielu innych budynków, między innymi właśnie tych położonych w Parku Vàrosliget.

Taka sama wysokość Bazyliki i Parlamentu ma symbolizować równość i współzależność religii i narodu. Dlatego też, patrząc na panoramę Budapesztu, nie zobaczycie tutaj, tak częstych w innych europejskich stolicach, drapaczy chmur. Jest oficjalny zakaz powstawania wyższych budowli niż 96 metrów. Być może kiedyś ta zasada zostanie zniesiona, ale na razie skutecznie uniemożliwia powstawanie wieżowców.

Co najlepsze, te 96 m wysokości nie idzie na marne i turyści mogą podziwiać z bazyliki św. Stefana jeden z najpiękniejszych widoków na cały Budapeszt. Wejście na taras widokowy jest dodatkowo płatny i kosztuje 1500 HUF. Aktualne ceny możecie sprawdzić na stronie bazyliki.

Bazylika św. Stefana w Budapeszcie
Bazylika św. Stefana. Wnętrze robi wrażenie!

My z wejścia na górę rezygnujemy, bo jesteśmy już bardzo głodni, a jest sporo ludzi. Zresztą w planach mamy jeszcze inne punkty widokowe, wcale nie gorsze. Ale jeśli macie chwilę, to myślę, że warto wejść na taras.

Sam wstęp do Bazyliki św. Stefana nie jest jako tako obiletowany, ale trzeba wrzucić co łaska (min 200 HUF) do puszki, ponieważ inaczej nie zostaniemy wpuszczeni. Świątynię można zwiedzać codziennie w godzinach 9-19:00 (w niedzielę od 7:45).

W Bazylice znajduje się także relikwia św. Stefana – zmumifikowana prawa dłoń. Znajdziecie ją w kaplicy, na prawo od głównego wejścia. Zazwyczaj to to miejsce, gdzie będzie największe zbiegowisko 😉

Budapeszt i jedzenie

Po wyjściu z bazyliki nasze nogi same kierują się w stronę jedzenia. Niestety, odruchowo już, zanurzam czapkę w fontannie. I tym razem okazuje się, że woda jest mocno chlorowana. Także aż do knajpy towarzyszy mi cudowny zapach chloru na głowie…

Obiad jemy w Bisztrómost. Jest smacznie i niezbyt drogo. Aczkolwiek wybór jest nieduży. Dużo śmiechu przynoszą próby rozszyfrowania węgierskich nazw. Jednak największym zaskoczeniem jest dla mnie lemoniada na gazowanej wodzie, którą dostaję. Pierwszy raz spotykam się z taką wersją i szczerze mówiąc, średnio mnie ona przekonuje.

Nadbrzeżny Budapeszt, czyli spacerem przez Parlament i wzdłuż Dunaju

Plac Wolności - Szabadsag ter.
Plac Wolności – Szabadsag tér.

Z knajpy wychodzimy okrągli, ale szczęśliwi 😉

Przed nami Szabadsag tér, czyli Plac Wolności. To niewielki skwerek z kilkoma pomnikami i postaciami. Najbardziej znane to oczywiście pomnik okupacji sowieckiej oraz niemieckiej i pomnik Regena.

Szczerze przyznaję jednak, że największą atrakcją była fontanna. I to taka, w której strumień można było wejść. Przez 15 minut prawie w ogóle nie było mi gorąco 😉

W końcu dochodzimy do budynku Parlamentu. To chyba najbardziej charakterystyczny budynek na całych Węgrzech i jednocześnie symbol kraju. To także jeden z największych budynków parlamentu na całym świecie. Tak jak i przy poprzednich budynkach, także i ten został wybudowany z okazji 1000 lecia państwa węgierskiego. Kiedy podjęto decyzję o budowie, na brzegu Dunaju były tylko podmokłe lasy olsowe. Okolica dzika i niezbyt bezpieczna.

Budynek Parlamentu w Budapeszcie.
Budynek Parlamentu w Budapeszcie.

Budynek Parlamentu zbudowany został w stylu neogotyckim i jest po prostu ogromny. Do jego budowy zużyto 40 kg złota i pół miliona kamieni szlachetnych. W środku znajduje się aż 681 pomieszczeń i część z nich można zobaczyć. Jeśli jednak chcielibyście zobaczyć Parlament od środka, to zarezerwujcie bilety wcześniej. Dostępne są wycieczki w różnych językach, w cenie biletu można także otrzymać audioguida po polsku. Zwiedzanie trwa około 40 minut, może być krótsze w przypadku jakiś obrad w środku. Bilet kosztuje 2400 HUF i można go kupić przez stronę internetową.

Tuż przed budynkiem Parlamentu znajduje się pomnik Franciszka II Rakoczego, który dowodził powstaniem antyhabsburgskim na początku XVIII wieku.

Spacer brzegiem Dunaju

Schodzimy powoli nad rzekę. Tu już nie ma drzew, jesteśmy niczym nieosłonięci od słońca.

Nad samym brzegiem rzeki natykamy się na kilkadziesiąt par butów odlanych z mosiądzu. Są różne. Damskie, męskie, nawet dziecinne. To nic innego, jak miejsce pamięci o osobach, które zostały tu rozstrzelane. Ich ciała spadały prosto do rzeki i płynęły dalej z prądem. Wyobrażam sobie to i czuję jak przechodzą mnie dreszcze.

Budapeszt - Pomnik ofiar rozstrzelania nad brzegiem Dunaju
Pomnik ofiar rozstrzelania nad brzegiem Dunaju.

Idziemy wzdłuż Dunaju. Na próżno szukać tu choćby odrobiny cienia.

Patrzę na drugą stronę miasta. Wygląda zupełnie inaczej niż dwa lata temu w nocy. Jakiś taki większy i bardziej gwarny ten Budapeszt, choć przecież i tak większość osób siedzi w domu z powodu upału.

Nasz pierwotny plan zakładał przejście mostem łańcuchowym. Niestety, okazuje się, że jest on w remoncie, więc zmuszeni jesteśmy iść dalej, aż do Mostu Elżbiety. Mamy piękną panoramę na miasto, ale jest tak gorąco, że ciężko się tym cieszyć. Gorący beton przenika przez podeszwy sandałów i zaczyna parzyć nam stopy. Marzymy tylko o tym żeby w końcu schować się w cieniu.

Spacer po stronie Budy wygląda już trochę lepiej. Co jakiś czas pojawia się drzewo, a potem trafiamy na miejski kranik z wodą. Ochlapujemy się zimną wodą, moczymy czapki i pijemy do oporu. Trochę jak banda dzikusów, ale mieszkańcy wydają się patrzeć na nas ze zrozumieniem.

Wzgórze Zamkowe

Przed nami druga najważniejsza część Budapesztu, czyli Wzgórze Zamkowe. Co możemy tu znaleźć? Przede wszystkim Zamek Królewski, zwany także Zamkiem Buda oraz wiele muzeów, w tym Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu. To także świetne miejsce widokowe, z którego widać niemal cały Budapeszt.

Jedną z większych atrakcji turystycznych jest krótka kolejka szynowa wjeżdżająca na samą górę wzniesienia. W sezonie jest ona oblegana przez turystów. Wjazdy odbywają się co 10 minut. Bilety kosztują 1400 HUF w jedną stronę, a 2000 HUF w obie.

My woleliśmy jednak wejść na wzgórze na własnych nogach i po drodze jeszcze co nie co zobaczyć. Muszę przyznać, że widok znad górnej stacji kolejki jest naprawdę piękny. No i ten cień 😉

Widok na Budapeszt ze Wzgórza Zamkowego
Widok na Budapeszt ze Wzgórza Zamkowego.

Kościół Macieja

Po wizycie przy zamku, kierujemy się na północ, w kierunku Baszty Rybackiej. Zanim jednak tam dojdziemy, robimy mały szturm na sklep spożywczy. Wynosimy stamtąd głównie lody i picie. Co niektórzy uzupełniają też zapasy przed całonocną podróżą, która jeszcze nas czeka.

Naszym następnym punktem programu jest Kościół Macieja, czy może poprawniej: Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Muszę przyznać, że budynek jest piękny. Niestety mamy pecha i nie możemy wejść do środka, więc oglądamy go tylko z zewnątrz i idziemy na mury Baszty Rybackiej.

Kościół Macieja w Budapeszcie.
Kościół Macieja w Budapeszcie.

Urzeka mnie to miejsce. Widok na Budapeszt jest stąd przepiękny, zdecydowanie najładniejszy ze wszystkich jakie widziałam. Do tego te mury, po których można swobodnie chodzić w te, i z powrotem. Spędziłam tam tylko pół godziny, ale zakochałam się w tym miejscu. Na pewno wrócę tam przy kolejnej wizycie w Budapeszcie.

Na murach jest sporo innych turystów, widać, że jest to popularne miejsce. Są nawet toalety (płatne 200 HUF).

Być może zastanawiacie się, skąd wzięła się nazwa? Dlaczego Rybacka? Odpowiedź jest dość prosta – w razie potrzeby to właśnie cech rybacki bronił się z tej wieży.

Widok na Budapeszt z Baszty Rybackiej
Widok na Budapeszt z Baszty Rybackiej.
Budapeszt - mury i Baszta Rybacka
Widok na mury i Basztę Rybacką.

Zachód słońca nad Budapesztem

Baszta jest w zasadzie naszym ostatnim punktem programu. Odpuszczamy już sobie Wzgórze Gellerta, bo padamy na twarz. Zachodzimy tylko pod Grotę Gellerta, ale niestety spóźniamy się kilka minut i jest już zamknięta dla turystów. Jednak widok sprzed wejścia też jest piękny, szczególnie, że zachodzące słońce zaczyna już oświetlać budynki miasta.

Widok na Budapeszt spod Groty Gellerta.
Widok na Budapeszt spod Groty Gellerta.

Kiedy z powrotem jesteśmy na Moście Elżbiety, kolory są już piękne. Ludzie siedzą na niskich przęsłach mostu. Nie ma już wolnych miejsc, więc usadzamy się na betonie, przy barierce i obserwujemy pierwszy zachód słońca na naszej wyprawie. Oby wszystkie następne były równie piękne…

Zachód słońca nad Budapesztem z Mostu Elżbiety
Zachód słońca nad Budapesztem.

Kierunek Nepliget

Potem już tylko odebranie bagażu z Keleti i ruszamy autobusem pod Dworzec Nepliget.

Tam oczywiście zaczynają się schody. Pod dworzec przyjeżdża jeden busik 10 os. Patrzymy na niego trochę z niedowierzaniem. Jest nas w końcu 14 osób i do tego jeszcze 14 plecaków po 20 kg każdy. Nie ma opcji żebyśmy się tam zmieścili… Kierowca nie bardzo mówi po angielsku, więc mamy duże problemy, aby się z nim porozumieć.

W końcu okazuje się, że to tylko jeden z busików i za killka minut pojawi się jeszcze drugi.

Wszystko wydaje się super, aż do momentu kiedy dostajemy informację o opóźnionym wyjeździe z Budapesztu. Czekamy jeszcze półtorej godziny na jedna osobę, której lot spóźniał się. Takie zasady ma przewoźnik. Ostatecznie, dopiero o 1:30 ruszamy w końcu z Budapesztu w kierunku Rumunii.

Jesteśmy tak zmęczeni, że wszyscy padamy. Nie przeszkadza nam mało miejsca, niewygoda, czy „dynamiczna” jazda kierowcy. Jedyna pobudka to sprawdzenie dokumentów na granicy, bo choć Rumunia należy do Unii Europejskiej, to nie należy jeszcze do strefy Schengen.

Jak oceniam Budapeszt?

Bardzo mi się to miasto podoba. Tak jak ogólnie nie pałam miłością do miast, tym bardziej tak dużych, to muszę przyznać, że Budapeszt skradł moje serce. Do tej pory moją ulubioną stolicą były Helsinki. Ale teraz mają bardzo groźnego rywala.

Jeśli jesteście ciekawi naszych dalszych przygód, tym razem już w Rumunii, zachęcam do polubienia fanpage. A w przyszłym wpisie pokażę Wam Kopalnię Soli w Turdzie, z przygodami dojedziemy pod Wąwóz Turzii, a dzień skończymy 600 metrowym zjazdem tyrolką 🙂