Wreszcie jedziemy w góry! – Takimi słowami rozpoczęłam poniedziałek. Plan był prosty. Wyjechać rano, dojechać do Komarna, wejść na Skopiec i tam rozbić się z namiotem na pięknej, widokowej polance.

Zdążyłam się już pogodzić, że na tym urlopie na nartach nie pojeżdżę. A i z domkiem ciężka sprawa. Na szczęście my jesteśmy bardzo elastyczni i zabraliśmy domek ze sobą. A że mały i bez ogrzewania… No cóż…

Z każdym kolejnym kilometrem, który przybliżał nas w góry, psuła się także pogoda. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów jedziemy przy widoczności poniżej 100 metrów. Także już się cieszę na myśl o widokach…

Droga przez Komarno jest na szczęście odśnieżona i udaje nam się dojechać aż do końca drogi. Tutaj też planowaliśmy zostawić samochód. Po oglądzie sytuacji wkrada się jednak trochę niepewności, bo miejsce na poboczu to obecnie zaspa śnieżna. Niby jest miejsce na samochód, ale boimy się, że potencjalne odśnieżanie może się dla nas źle skończyć. Ostatecznie jednak nie mamy wyboru, więc zabieramy plecaki i ruszamy do góry.

Naszym celem jest Skopiec, czyli jeden ze szczytów Korony Gór Polski.

Szczyt ten budzi sporo kontrowersji ze względu na swoją wysokość. Na wszystkich tablicach widnieje 724 m n.p.m., co czyni go najwyższym w Górach Kaczawskich. Jednak po przeprowadzeniu kolejnych pomiarów okazało się, że jest on o kilka metrów niższy i o miano najwyższego szczytu powinien ubiegać się sąsiedni Baraniec albo Folwarczna.

Mimo to, nadal to Skopiec pozostaje jednym z 28 szczytów Korony Gór Polski.

Podobno z podejścia na Skopiec jest bardzo ładny widok. Jestem nawet skłonna w to uwierzyć, bo polana jest naprawdę spora. My jednak widzimy tylko najbliższe kilkaset metrów dookoła siebie…

Podejście na Skopiec

Staramy się iść żwawo, bo jest już 16:00 i robi się ciemno. Wiemy, że namiotu za dnia już nie rozstawimy, ale może chociaż zdjęcie na Skopcu będzie bez latarek.

Po kilku minutach marszu dochodzimy do rozwidlenia dróg, gdzie znajduje się charakterystyczne drzewo z butami. Co to takiego?

Jest to rzeźba z 2013 roku wykonana przez Magdalenę Osak. Jej tytuł to „Into the Blue”, co oznacza mniej więcej Droga w Błękit. Rzeźba została wykonana na uschniętej czereśni, do której autorka przyczepiła kilkanaście par butów pomalowanych na jaskrawe kolory. Miały one symbolizować „iście” do nieba.

Obecnie rzeźba zupełnie nie przypomina już swojej pierwotnej wersji.

Do czereśni dołączono jeszcze drugie drzewo, a oba pnie aż uginają się od wielu par butów, których z roku na rok przybywa coraz więcej. Z jednej strony fajnie, że dzieło żyje, ale z drugiej zamysł autorki został gdzieś kompletnie zagubiony i mam wrażenie, że rzeźba to teraz tylko wieszak na stare buty.

Rzeźba Into the Blue – Magdalena Osak.

Stąd skręcamy w drogę idącą na skos w prawo. Niestety oznaczeń szlaku tutaj nie ma albo są zasypane. Niebieski szlak odnajdujemy dopiero w lesie. Cały czas trzymamy się jego oznaczeń, aż dojdziemy na małą przełączkę, z której odbija się na Skopiec. Jest to miejsce dość charakterystyczne, bo wychodzimy na polanę, po prawej stronie odsłania nam się widok na wieżę na Barańcu (w naszym przypadku widzimy delikatną czerwoną poświatę). Tutaj także znajduje się dość grube drzewo, na którym umieszczono drogowskazy na Skopiec i Baraniec.

Skręcamy w lewo w wydeptaną ścieżkę, idziemy chwilę do góry i za moment meldujemy się przy tablicy na szczycie Skopca. Żałuję, że skały pokryte są warstwą śniegu, bo Góry Kaczawskie są niezwykle ciekawe jeśli chodzi o geologię. Tutejsze skały to najczęściej zieleńce, łupki i marmury. Wszystko to są skały zmetamorfizowane, czyli przeobrażone z innych w wyniku procesów zachodzących w głębi Ziemi. W tym przypadku chodzi stricte o wulkany, które były tu aktywne dawno, dawno temu.

Skopiec zdobyty zimą.
Szybkie zdjęcie na pamiątkę oraz na dowód, że Skopiec zdobyty i schodzimy z powrotem do przełęczy.

Teraz zaczynamy rozglądać się już za miejscem na nocleg. Jest to jednak dość trudne zadanie przy obecnej mgle. Idziemy na szczyt Barańca, ale tam płaskie miejsce jest tylko tuż przy wieży. A raczej nie chcemy rozbijać się na widoku. W końcu schodzimy trochę poniżej szczytu i tam znajdujemy miejsce na polance. Nie mam pojęcia, czy wybralibyśmy to miejsce przy ładnej pogodzie. Mam wrażenie, że byłoby za bardzo odsłonięte od strony wsi. W tych warunkach zupełnie nam to jednak nie przeszkadzało 😉

Poganiam Maksa przy stawianiu stelaża, bo gołe dłonie zaczynają mi już zamarzać. Potem szybko wrzucamy rzeczy, dmuchamy maty, rozwijamy śpiworki i już jest cieplej.

Namiot rozstawiony na zboczach Barańca.

Od razu zabieramy się za gotowanie kolacji. Dzisiaj w menu makaron z pomidorami, podsmażaną cebulką i boczkiem. Pod namiotem wszystko smakuje wyśmienicie 😉

Jest jeszcze dość wcześnie, więc Maks trochę zaczyna przysypiać, a ja odpalam sobie ebooka na telefonie. Spać idziemy koło 22:00.

Noc nie przynosi zmiany pogody.

Widoczność ze 100 metrów zamienia się na 120. Budzą nas odgłosy z pobliskiej kopalni i z Komarna.

Śniadanie jest dzisiaj na bogato, bo Maks przytargał na górę jajka. Mamy więc jajecznicę z pomidorami i boczkiem. Mam wrażenie, że w domu często nie jemy tak smacznie jak pod namiotem 😉

Jajecznica na śniadanie pod namiotem – pycha 🙂

Niestety mamy bardzo duże problemy z gazem. Mamy zwykłe kartusze, a na zewnątrz jest ujemna temperatura. Po całej nocy są mocno wyziębione i nie chcą dać płomienia. Robimy więc akcję wysiadywania jajek-kartuszy w śpiworku. To trochę pomaga, ale ostatecznie gotujemy śniadanie na kuchence na paliwo stałe. Pierwszy test w terenie i bardzo udany. Z naszych pierwszych obserwacji wynika, że gotowanie w półotwartym przedsionku jest niewystarczające, a opary są bardzo drażniące. Dlatego na kuchence na tabletki najlepiej gotować zupełnie poza namiotem.

A potem najmniej lubiana część, czyli wypełzamy ze śpiworków. Szybko składamy nasz obóz, bo na zewnątrz jest naprawdę chłodno, a wciskająca się wszędzie wilgoć również nie należy do przyjemnych.

A tak wyglądał namiot rano. Trochę nas przysypało i przymroziło.

Przez noc spadło kilka centymetrów śniegu, a mgła w połączeniu z wiatrem i ujemną temperaturą utworzyła przepiękne lodowe narośla na gałęziach drzew.

Jest bardzo klimatycznie.

Oblodzone gałęzie- idealnie widać z której strony wiało.

Wracamy się na niebieski szlak i schodzimy do samochodu. Na szczęście okazuje się, że żaden pług nie pozbawił nas pojazdu 😉

Charakterystyczne drzewo, od którego prowadzą ścieżki na Skopiec i Baraniec.
Zejście do samochodu żółtym i niebieskim szlakiem.

Szybki przepak i ruszamy w kierunku Janowic Wielkich i ruin Zamku Bolczów. Warto po drodze trochę się rozglądać, bo mija się tu dwa zabytkowe kościoły w Komarnie: ewangelicki z XVIII wieku i katolicki z XVI. Mury schodzą aż do drogi, więc trudno ich nie zauważyć. Piękny jest także odcinek drogi prowadzący z Komarna do drogi nr 3. Udało nam się przez te kilka minut zobaczyć dwa lisy i kilka sarenek. Aż się boję ile byśmy zobaczyli, gdyby nie było mgły 😉

Skopiec jest szczytem bardzo łatwym do zdobycia. Cała wycieczka w te i z powrotem może zająć zaledwie 40 minut. Widoki podobno też ładne, ale ja się na ten temat nie wypowiem. Mogę natomiast zapewnić, że we mgle też jest ładnie 😉

Normalnie byłyby tu piękne widoki…

Tak więc Skopiec jest szczytem dla każdego. To chyba najłatwiej dostępny szczyt ze wszystkich 28 szczytów Korony Gór Polski. Samochód można zostawić na końcu drogi asfaltowej. Poniżej jeszcze mapka poglądowa na naszą króciutką trasę. Punkt 9 to mniej więcej nasz biwak 🙂

A my przenosimy się w Rudawy Janowickie 🙂