Z naszego parkingu, na którym spędziliśmy ostatnią noc, widać było pięknie Góry Stołowe. Zaczęłam sobie wspominać mój wyjazd w Góry Stołowe z rodzicami. Wyszło mi, że było to już 12 lat temu! I wiecie co? Okazało się, że Maks nigdy do tej pory nie był w skalnym labiryncie! No więc co? Szybki rzut oka na mapę i rano w niedzielę jedziemy zdobywać Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.).

Z Dusznik Zdrój do Karłowa jest 12 km, także za 20 minut jesteśmy już na miejscu. Szczeliniec Wielki zimą prezentuje się równie okazale jak latem. Samochód zostawiamy na parkingu przy informacji turystycznej. Całodzienny postój kosztuje nas 10 zł. Drugi parking znajduje się kilkadziesiąt metrów bliżej szlaku, ale tam za tą samą przyjemność zapłacimy już 20 zł… Także chyba się przejdziemy te dwie minuty więcej 😉

Szlak na Szczeliniec Wielki jest dość krótki i cała pętla miała nam zająć nie więcej jak 2 godziny.

Jesteśmy dość wcześnie, więc deptak w Karłowie świeci jeszcze pustkami. Wszystkie budki, oprócz dwóch na samym końcu, są jeszcze pozamykane. Bardzo się cieszę, bo nie przepadam za Krupówkami, nieważne, czy w oryginale, czy w wersji sudeckiej 😉

Ale spokojnie, są inne atrakcje. Wiedzieliście, że mają w Karłowie pomnik psa? I to taki wypasiony, bo nawet głową ruszał 😉 Szkoda tylko, że za płotem 😉

Pomnik psa w Karłowie 😉

Gdy już miniemy wszystkie stragany, dochodzimy do rozwidlenia szlaków. To tutaj kończy się pętla trasy turystycznej prowadzącej przez Szczeliniec Wielki. Jest ona jednokierunkowa, dlatego, aby na nią wejść, trzeba dotrzeć pod schronisko na szczycie inną trasą.

Tutaj też dowiadujemy się, że część trasy jest zamknięta. Jeszcze nie do końca wiemy co i jak, ale wiem, że plan wycieczki poszedł właśnie w trzy diabły…

Od tego momentu, aż do Przełęczy pod Szczelińcem będziemy iść po kamiennych schodach.

UWAGA! SPOILER! Jest ich prawie 700…

Schody prowadzące na Szczeliniec Wielki.

Pierwsze „kondygnacje” zdobywamy szybko i sprawnie, ale z każdym metrem do góry, przybywa i lodu, i śniegu. Trzeba bardzo uważać, bo łatwo o poślizgnięcie. Z obu stron mamy do dyspozycji barierki, także osoby, które nie czują się pewnie albo mają słabsze buty, prawdopodobnie bardzo szybko się z nią polubią 😉

Szlak prowadzący na Szczeliniec Wielki. Zimą schody i kładki są oblodzone.

Po 15 minutach od skrzyżowania dochodzimy do początku trasy turystycznej prowadzącej na Szczeliniec Wielki. Żegnamy żółty szlak, który schodzi do Pasterki i ruszamy do góry.

Skrzyżowanie szlaków.

Tutaj zaczyna się zabawa.

Schody kończą się, a ich miejsce zostaje zastąpione przez zwykłą leśno-skalną ścieżkę. Dodajmy, że pokrytą niemal w całości lodem i wyślizganym śniegiem. Nie może być przecież za łatwo 😉 W tych warunkach nawet nasze profesjonalne buty trekkingowe mocno się ślizgają, nie wspominając już o adidasach, czy kozaczkach na obcasie. A niestety jest ich sporo.

Po dłuższej chwili postanawiam wyjąć raczki z plecaka. Coraz bardziej żałujemy, że w ferworze pakowania, Maksa raczki zostały w domu. No ale cóż, trzeba sobie radzić, więc biorę go za rękę i łapię równowagę za nas dwoje.

Dochodzimy do pierwszej charakterystycznej formacji skalnej, jaką jest Ucho Igielne.
Ucho Igielne.

Od tej pory dla niektórych rozpoczyna się walka o przetrwanie. Niektórzy wciągają się przy pomocy barierki, inni idą za pomocą tiptopów, a niektórzy już się nie przejmują i idą na kolanach albo zjeżdżają na tyłku. Każdy sposób dobry, byle bezpieczny i skuteczny 😉

W końcu dochodzimy do schroniska na Szczelińcu Wielkim. Na górze jest sporo osób, ale przy tak pięknej pogodzie wcale mnie to nie dziwi. Obok budynku znajduje się także tablica upamiętniająca Franza Pabla, który wyznaczył trasę turystyczną po szczycie, a także został pierwszym przewodnikiem po Szczelińcu Wielkim.

Widok ze Szczelińca Wielkiego. Na ostatnim planie ośnieżone Karkonosze.
Z ciekawostek, początkowo Szczeliniec Wielki miał zostać wykorzystany do celów militarnych.

Ze względu na bardzo dobre walory obronne, major Bonaventura von Rauch, odpowiadający także za budowę pobliskiego Fortu Karola, zaproponował wybudowanie tu twierdzy. Ostatecznie jednak z pomysłu zrezygnowano, podobno z powodu wybitnych walorów przyrodniczych tego miejsca. Czy taki faktycznie był powód, ciężko powiedzieć, ale faktem jest, że Szczeliniec Wielki był od tej pory pod ochroną władz.

Takie doniczki jak pod schroniskiem mogłabym mieć w domu 😉

Tutejsze schronisko zbudowano w 1845 roku. Obecnie jest to najstarszy budynek w polskich górach, który od samego początku wybudowany był, aby służyć turystom. Obiekt na początku nazywano „Szwajcarką”, zgodnie z ówczesną modą.

Co więcej, jest to jedno z dwóch schronisk w Polsce, gdzie nie ma drogi kołowej i wszystkie zapasy transportowane są za pomocą wyciągu towarowego. Jakie jest drugie miejsce? Oczywiście schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich.

Schronisko na Szczelińcu Wielkim.

Przy schronisku znajdują się tarasy widokowe, z których możemy zobaczyć nawet Karkonosze. Niestety, tarasy zbudowane są z metalowej kratki, więc muszę zdjąć raczki. Jeśli się przyjrzycie, łatwo można rozróżnić stożkową sylwetkę Śnieżki przykrytą jeszcze warstwą śniegu.

Wchodzimy na taras, a ja wyobrażam sobie jak to było kiedyś. Według źródeł historycznych, turyści tu przybywający często oddawali się zabawie z bronią palną. O co chodziło? O sprawdzenie, ile razy huk wystrzału odbije się od gór. Teraz takie praktyki wydają się być hmmm…. nieco egzotyczne? Ale kiedyś były zupełnie normalne.

Za schroniskiem znajduje się kasa biletowa na trasę turystyczną prowadzącą przez Szczeliniec Wielki.

Bilety wstępu kosztują 12 zł normalny i 6 zł ulgowy. Opłaty obowiązują jednak tylko w sezonie, a zimą trasa oficjalnie jest nieczynna z powodu oblodzenia i wejście odbywa się na własną odpowiedzialność.

W praktyce większość trasy można przejść, z wyjątkiem odcinka, gdzie szlak wiedzie przez szczeliny Piekiełka i Diabelskiej Kuchni. Ten fragment jest odgrodzony. Niestety, zamknięte jest także zejście do Karłowa. Także można dojść do Tarasów Południowych, a później trzeba wrócić po swoich śladach do schroniska.

Część osób rezygnuje z przejścia trasy turystycznej ze względu na duże oblodzenie. My jednak jesteśmy uzbrojeni w dobre buty i raczki (jedna para też się liczy!), więc zakładam metalowe kolce z powrotem i śmiało idziemy dalej.

Już na samym początku dochodzimy do 12-metrowej skałki o nazwie Tron Liczyrzepy, na której znajduje się kolejny taras widokowy. Jest to najwyższy punkt, także dopisuję wejście na Szczeliniec Wielki zimą (919 m .n.p.m.) do mojej Korony Gór Polski. I zgadnijcie co? Ten taras też jest zrobiony z metalowej kratki, także po raz kolejny ściągam raczki.

Na Tronie Liczyrzepy.

Robimy sobie tutaj kilkuminutową przerwę. Widoki są na wszystkie strony. Widać i Karkonosze, i Masyw Śnieżnika, a nawet czeskie pasmo Jesioników z najwyższym Pradziadem. Na skałkach otaczających platformę widokową można oglądać liczne wyżłobione podpisy dawnych zdobywców szczytu. To tutaj znajduje się wykuta data 1576 rok wraz z monogramem IHS. Przypuszcza się, że może być to ślad pozostawiony przez pierwszego zdobywcę Szczelińca Wielkiego, prawdopodobnie okolicznego jezuity.

Stąd też bardzo dobrze widać, jak niezwykłą górą jest Szczeliniec Wielki i skąd wzięła się nazwa Góry Stołowe.

Cały szczyt Szczelińca Wielkiego jest niemal płaski, co kształtem bardzo przypomina stół. Skąd taki kształt? Przecież zwykle szczyty mają bardziej kształt stożka, prawda?

Broumowskie Ściany – typowy przykład góry stołowej u naszych południowych sąsiadów.

Zacznijmy od tego, że skały budujące szczyt zaczęły powstawać prawie 100 milionów lat temu (!), na dnie morza, które zajmowało większość powierzchni obecnej Polski i Europy. Na dno zbiornika opadał piasek o różnej frakcji (rozmiarze). Z biegiem lat luźny piasek zamienił się w litą skałę, nazywaną piaskowcem.

W ten sposób powstały warstwy piaskowców oraz zbudowanych z najmniejszych frakcji – mułowców i margli . Na terenie Gór Stołowych miało miejsce wypiętrzenie gór (wzdłuż tzw. sudeckiego uskoku brzeżnego), ale nie miało miejsce fałdowanie. Dzięki temu góry zachowały pierwotną budowę płytową. Czyli, upraszczając, góry urosły, ale pozostały z płaskimi wierzchołkami i równolegle ułożonymi warstwami.

Z biegiem lat procesy erozyjne sprawiły, że wszystkie mniej odporne skały zostały zniszczone i zrównane z powierzchnią ziemi. Ostały się tylko stoliwa, czyli rozległe, niemal płaskie masywy skalne, w tym Szczeliniec Wielki. Dlaczego masywy te nie zostały zniszczone?

Dlatego, że zewnętrzna warstwa skalna jest bardzo twardym piaskowcem, bardzo odpornym na erozję. Tam, gdzie warstwa ta się kończy i występują skały słabsze, powstają strome zbocza, a często nawet klify.

Ale czy to oznacza, że gór typu stoliwo nie da się zniszczyć?

Oczywiście, że się da! Potrzeba na to tylko dużo więcej czasu. Góry Stołowe mają dużo szczelin, przez które przenika woda i wymywa skały, szczególnie te pod spodem, które są mniej odporne. W wyniku tego, bloki piaskowca tracą równowagę i osuwają się albo przewracają.

Powiększają się także szczeliny, co najlepiej widać w Piekiełku. Według pomiarów, szczelina zwiększa swoją szerokość o kilka milimetrów rocznie. Niby nie dużo, prawda? Ale zakładając, że pożyjemy 100 lat, a tempo poszerzania będzie średnio 5 mm/rok to w ciągu tylko naszego życia szczelina powiększy się o pół metra. A to już całkiem duża wartość…

Jeśli Was to zainteresowało, to jakiś czas temu pokazywałam Wam też Roraimę, górę stołową położoną w Ameryce Południowej. Przy niej nasz Szczeliniec to miniaturka 😉

Ale wracając na Tron Liczyrzepy. W końcu schodzimy z platformy widokowej, bo zaczyna nam się robić chłodno. Zakładam po raz kolejny raczki i obiecuję sobie, że więcej już ich nie zdejmuję, bo mnie szlag jasny trafi. Tuż przy Tronie Liczyrzepy znajduje się skałka o nazwie Wielbłąd oraz Kaczęta.

Wielbłąd, a z tyłu Tron Liczyrzepy.

Szlak zamiast skręcić w lewo, w kierunku Piekiełka, idzie prosto. Kilka szczelin jest naprawdę małych i musimy iść w kucki albo zdejmować plecak. Ta część szlaku jest zdecydowanie najciekawsza. Ale niestety nie aż tak ciekawa jak wersja letnia.

Trasa turystyczna przez Szczeliniec Wielki. Latem trasa idzie inaczej.
W końcu dochodzimy do Tarasów Południowych.

Widok jest przepiękny. Patrzę na Orlicę, którą mam plan jeszcze dzisiaj zdobyć. Wydaje się być tak daleko…

Tarasy Południowe na Szczelińcu Wielkim.

Do drugiego tarasu prowadzi skalny tunel, który wymusza na nas mocne zgięcie się. Schody prowadzące w dół są w zasadzie taflą lodu, więc nie dziwi nas widok zjeżdżających stąd ludzi na różne sposoby. Jest to o tyle niebezpieczne, że zaraz jest niska skała, o którą można łatwo uderzyć.

Skalny Tunel prowadzący na jeden z Południowych Tarasów.
Skalny Tunel prowadzący na jeden z Południowych Tarasów.

Na szczęście raczki łapią bez problemu i oboje bezpiecznie schodzimy na dół. Jeszcze moment i wychodzimy na drugi taras. Choć serce mnie boli, wygrywa leń i mimo odsłoniętych skał nie zdejmuję raczków.

Z niedowierzaniem patrzę na taras, na którym przed chwilą byliśmy. Jakaś dziewczyna właśnie wychodzi za barierkę i zaczyna robić jakieś akrobacje, mostki i szpagaty. Jest kilkadziesiąt centymetrów od krawędzi kilkudziesięciometrowego urwiska. Wystarczy jedno zachwianie albo oberwanie skały. Nigdy nie zrozumiem co tacy ludzie mają w głowie…

Pomijając już fakt, że jeśli wchodzi się na teren Parku Narodowego to wypadałoby stosować się do przepisów i nie przechodzić przez wielką zielona barierkę, która aż krzyczy: Ani kroku dalej!

Spoglądam w dół i z niedowierzaniem zauważam lśniące w słońcu wspinaczkowe ringi. Pokazuje je Maksowi, a jemu aż się oczy świecą. W duchu dziękuję, że cały sprzęt został w domu…

Taras Południowy na Szczelińcu Wielkim.
Normalnie z Tarasów Południowych rozpoczyna się już zejście do Karłowa.

W zimę, ze względu na oblodzenie, jest ono zamknięte. Dlatego teraz musimy wrócić po własnych śladach aż do schroniska.

W okolicach szczytu jest coraz więcej turystów, więc w miejscach szczególnie śliskich robią się kilkunastu osobowe zatory. Sporo osób idzie z psami, które ciągną ich do góry. Śmiejemy się potem, że albo psom tak bardzo się podobało, albo miały już tak dosyć wycieczki, że chciały jak najszybciej zejść na dół. Nie wiem, co było bardziej prawdziwe, ale fakt faktem, że psy gnały do przodu zdecydowanie szybciej niż właściciele 😉

Gdy w końcu schodzimy już na karłowski deptak, handel kwitnie. Są magnesy, pocztówki i kubki, nie zabraknie skarpet, apaszek i maseczek, a jakby było mało, to znajdzie się i łuk i miecze. W końcu miała być twierdza, nie? Jeśli będzie głodni to jest też sporo knajpek i miejsc z oscypkami.

Ostatecznie trasa zajęła nam 2,5 godziny z powodu zimowego wariantu trasy. Plan zakładał jeszcze przejście się dalej, na przykład wokół Małego Szczelińca, ale chcemy jeszcze wpaść na wieczór na stok, a ja wcześniej chcę jeszcze wdrapać się na Orlicę, więc czas się kurczy.

Wycieczka na Szczeliniec Wielki jest dla każdego. Trasa jest krótka, ale bardzo urozmaicona. Szczyt oferuje przepiękne widoki, a skały i wąskie szczeliny będą szczególnie atrakcyjne dla dzieci. Jeśli wybieracie się na Szczeliniec Wielki zimą, pamiętajcie, aby obowiązkowo zabrać ze sobą raczki!

I na koniec standardowo mapa. Niestety aplikacja nie pozwala wyznaczyć innej trasy niż po letnim wariancie. Ale zaznaczona jest też ścieżka zimowa, także poglądowo można sobie zerknąć 😉