Na zimowy kurs turystyki wysokogórskiej miałam jechać już w zeszłym roku. Wszystko było już opłacone, w ręku kupione bilety, nawet zaczęłam się już pakować. Słowem, nic tylko wsiadać do pociągu i jechać.

Niestety, zaczął się covid. Zamknęli Tatry i schroniska, a kurs dwa dni przed terminem został odwołany. Byłam wściekła i zła na siebie. Wystarczyło wybrać wcześniejszy termin i wszystko by się udało.

Dlatego obiecałam sobie, że w tym roku nie ma zmiłuj, jadę! Mimo, że nasz Studencki Klub Górski nie organizował kursów w tym roku, udało nam się dogadać z szefostwem naszego sklepu turystycznego i zebraliśmy 4 osobową grupę chętnych do utyrania się na kursie. Eeee… wzięcia udziału w kursie oczywiście 😉

Po krótkich przygotowaniach, w czwartek rano wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy w kierunku kolejnej przygody.

Muszę przyznać, że przed wyjazdem jestem bardzo podekscytowana, ale mam też bardzo dużo obaw. Czego się boję? Tego, że będę musiała wychodzić ze swojej strefy komfortu i walczyć z lękiem wysokości. Z opowieści wiem, że ćwiczy się podchodzenie i zjazdy na linie, czy asekurację lotną. Dla kogoś, kto ma problem z puszczeniem się chwytów na ściance wspinaczkowej, jest to raczej trudne zadanie. Nie wspominając o zdobywaniu eksponowanych szczytów typu Świnica, czy Kościelec, gdzie do tej pory nie odważyłam się tego zrobić nawet latem. Ale cóż, podobno zimą akurat łatwiej je zdobyć…

Kurs zaczyna się w piątek rano. O 8:30 wyjeżdżamy z noclegu i jedziemy w stronę Kuźnic. Plecaki są za wielkie i za ciężkie jak na kilkugodzinne wyjście w góry. No tak, ale trochę tych rzeczy trzeba zabrać. W głowie przewija mi się lista: ABC lawinowe, czyli detektor lawinowy, sonda i łopata. Do tego czekan i raki oraz kask, uprząż i kilka karabinków, repów i taśm. Nie wspominając o jedzeniu i piciu.

No i trochę się tego robi…

Idziemy na Kalatówki. Tempo grupy jest strasznie szybkie i trochę ciężko mi za nimi nadążyć. A przecież ostatnio sporo się włóczyłam po górach. Był Turbacz, był Szczeliniec i Orlica. W końcu z ulgą witam schronisko na Polanie Kalatówki, gdzie przystępujemy do pierwszych ćwiczeń.

Widok z Kalatówek w kierunku Kasprowego Wierchu.
Widok z Kalatówek w kierunku Kasprowego Wierchu.

Na pierwszy ogień idą raki.

Zakładamy je w miarę sprawnie, bo każdy dopasował je już wczoraj do swoich butów. Z raczkami znam się już dobrze, ale raków jeszcze nigdy nie miałam okazji ubierać. Cieszę się, że mam buty umożliwiające podpięcie raków półautomatycznych, bo idzie to dużo sprawniej niż z koszykami.

Staję niepewnie i robię kilka kroków. Hmmm…. nie jest źle. Trochę toporniej niż w raczkach, ale za to lepiej łapie lód. Robimy sobie spacer po dość stromym stoku spadającym do Polany Kalatówki. Najpierw idziemy klasycznie, ustawiając stopy równolegle do spadku stoku, potem schodzimy bokiem, a na koniec, na najbardziej stromym fragmencie, schodzimy tyłem, wbijając przednie kolce w śnieg.

A potem to samo w górę. Próbujemy różnych kombinacji układania stóp, bo dłuższe utrzymywanie tej samej pozycji męczy. Teraz widzę, że raki trzymają dużo lepiej niż raczki. W sumie to logiczne, ale fajnie przetestować to samemu 🙂

A potem przychodzi czas na naukę hamowania czekanem.

Zakładamy kaski, bierzemy po worku foliowym na rozpęd i przystępujemy do działania. Patrzę na ten stromy stok i na czekan trochę z nieufnością i już wyobrażam sobie siebie bez przednich zębów.

Instruktor pokazuje nam prawidłową technikę, czyli czekan przyciśnięty tułowiem oraz uniesione nogi w kolanach. Wszystko to, aby uniknąć urazu twarzy i zahaczenia rakami o podłoże. Nie brzmi skomplikowanie, prawda?

W praktyce zrobić to dobrze, jest jednak dużo trudniej…

Ale cóż, zimowy kurs turystyki wysokogórskiej po to jest – aby uczyć się w kontrolowanych warunkach.

Zaczynamy od najprostszego wariantu, czyli zjazd na tyłku z czekanem w ręku. Czekam aż nabiorę trochę prędkości i przewracam się na bok, usiłując wbić czekan. Niestety, ta cholera nic nie robi sobie z moich wysiłków i szoruje bokiem ostrza po stoku. Ani myśli się wbijać w cokolwiek. Siłuję się, ale mam go za wysoko, aby móc przyłożyć więcej siły. W końcu zatrzymuję się, ale to raczej zasługa zaspy i nieświadomego hamowania butami. Czekan był w tym przypadku chyba tak samo skuteczny jak paznokcie…

Także w trudniejszym terenie prawdopodobny bilans to: wybite zęby, zahaczenie rakami i przekoziołkowanie się po stoku z dużym prawdopodobieństwem uszkodzenia kończyn i brak zatrzymania. Nieźle jak na pierwszy raz, co nie? 😉

Drugi raz jest lepszy i choć moje zęby nadal nie są bezpieczne, to przynajmniej zatrzymuje mnie faktycznie czekan. A nie wszystko inne dookoła…

Nauka hamowania czekanem - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej
Nauka hamowania czekanem.
Potem przechodzimy do zjazdów na brzuchu z głową w górze.

Tu idzie mi już trochę lepiej i nawet jakoś udaje mi się wyhamować. Nawet instruktor mówi, że dobrze.

Po kilku kolejnych zjazdach zmieniamy pozycję na brzuch z głową w dół. Na ciuchach ciężko nabrać rozpędu, więc zaczynamy zbiegać ze stoku i po prostu przewracamy się do przodu. Niestety, przy pierwszej próbie jakoś niefortunnie układa mi się lewa ręka i czuję przeszywający ból w barku. Nie mam jednak czasu o tym myśleć, bo trzeba się układać do hamowania. Wbijam czekan, ale lecę na tyle szybko, że nie daje rady utrzymać go w dwóch rękach. Cale hamowanie idzie więc na lewą rękę, a ja aż jęczę przy szarpnięciu.

Podnoszę się powoli i zaciskam zęby z bólu, który rozchodzi się po całej lewej ręce, barku i górnej części pleców. Powoli wchodzę pod górę i staram się nie ruszać niepotrzebnie ręką. Przepuszczam moją kolejkę zjazdu. Zakres ruchu w barku mam niby pełny, ale ból jest duży.

Ostatnią pozycją jest zjazd na plecach, głową w dół. Tym razem już nie staram się rozpędzić, bo nie chcę nadwyrężać jeszcze bardziej ręki. Zależy mi tylko na tym, aby przećwiczyć sekwencję ruchów w takiej sytuacji.

Ogólnie całe to hamowanie szło mi średnio i obawiam się, że na bardziej stromym i zalodzonym stoku mogłabym mieć problem. Zdecydowanie trzeba to jeszcze poćwiczyć. I to solidnie…

Utwierdzam się w przekonaniu, że zimowy kurs turystyki wysokogórskiej to tak naprawdę tylko wstęp do zimowych Tatr. Większość z tych umiejętności i tak musisz jeszcze potem ćwiczyć samemu.

Na ten moment przyjmuję jednak z radością zmianę ćwiczenia. Pakujemy się i ruszamy w dół, w kierunku polany.

Zabieramy się za obsługę ABC lawinowego.

Najpierw włączamy nasze detektory lawinowe. Aby się do niego dobrać, muszę przedostać się przez kurtkę i polar. Dlaczego detektor powinien być możliwie blisko ciała? Odpowiedz jest prosta i niestety dość brutalna. Impet porywającej lawiny często jest tak duży, że zrywa z człowieka wierzchnie warstwy odzieży. Także czym głębiej mamy schowamy detektor lawinowy, tym większa szansa, że nadal będziemy mieć go na sobie, gdy lawina się zatrzyma.

Sprawdzamy działanie wszystkich detektorów robiąc tzw. bramkę. Instruktor przestawia swój detektor na odbiór, a my jak owieczki, przechodzimy koło niego w kilku metrowych odstępach. Gdy mamy pewność, że wszystkie detektory wysyłają sygnał, zabieramy się za wyjmowanie sondy i łopaty.

Pierwsze co robimy, to uczymy się poszukiwać zasypanych osób detektorem. Dobieramy się w pary i na zmianę zakopujemy urządzenie. Nie zapomnijcie tylko włączyć detektora… Chyba, że chcecie poczuć trochę adrenaliny i pobawić się w sondowanie albo przekopywanie połowy polany 😉

Poszukiwanie detektorem lawinowym idzie nam zdecydowanie lepiej niż hamowanie czekanem. Przede wszystkim trzeba pamiętać , że fale detektora rozchodzą się promieniście i nasza trasa do poszkodowanego nie będzie prosta, a raczej będzie przypominać łuk. A co zrobić, gdy nie możemy złapać sygnału? Wtedy poruszamy się po lawinisku zygzakiem. Trzeba tylko pamiętać, że detektor ma też ograniczony zasięg 40-50 metrów, więc ważne, aby te zakosy były dość gęste. W przeciwnym wypadku możemy minąć zasypanego, bo nie złapiemy sygnału. A tego byśmy nie chcieli, prawda?

Utrudniamy sobie zadanie jak możemy. Zakopujemy detektory na różnych głębokościach, w różnych pozycjach i miejscach. Ryjemy śnieg wszędzie dookoła, aby nikt nie sugerował się śladami. Myślę, że dziki byłyby z nas dumne 😉

Gdy już jesteśmy bardzo blisko, zaczynamy szukać metodą krzyżową, aby jak najbardziej precyzyjnie zlokalizować miejsce zasypania.

Po ćwiczeniach z detektorem mamy zająć się tematem sondowania. Ale szybko okazuje się, że śniegu jest za mało. Bo co to za sondowanie, gdy nie ma nawet metru śniegu? 😉

Zbieramy więc cały sprzęt i idziemy na Halę Kondratową.

W drodze na Halę Kondratową.
W drodze na Halę Kondratową.

Adrenalina opada i ból w barku narasta coraz bardziej. Chowam kijka, bo nie jestem w stanie go używać. Staram się skupić na otaczającym mnie terenie. A jest naprawdę pięknie. Byłam tu już nie raz, ale zimą wszystko wygląda inaczej, jakby bardziej magicznie.

Po drodze mijamy bardzo dużo osób. Sporo z nich jest na skiturach. Chociaż prawdziwe zatrzęsienie narciarzy jest przy schronisku. Narty są wszędzie…

Patrzę na nich trochę z zazdrością. Ale po chwili uśmiecham się. Teraz zimowy kurs turystyki wysokogórskiej, a za rok albo dwa przyjdzie też czas na kurs skiturowy 🙂

Widok z Hali Kondratowej w kierunku Czerwonych Wierchów.
Widok z Hali Kondratowej w kierunku Czerwonych Wierchów.

Pod schroniskiem mamy kilka minut przerwy, więc pijemy herbatę z termosów i jemy, co tylko mamy, bo zdążyliśmy już zgłodnieć. Można też wziąć sobie coś na wynos, ale my nie korzystamy z tej opcji, bo lepiej zjeść swoje. Zawsze będzie trochę lżej na plecach.

Gdy już wszyscy są najedzeni, oddalamy się trochę od schroniska i zaczynamy drugą część dzisiejszego szkolenia.

Zaczynamy od wykonania pionowego profilu śniegu.

Łopaty w ręce i zaczynamy kopać. Ja nie wyrywam się do przodu i liczę, że chłopacy poradzą sobie sami. W duchu trochę się śmieje, bo czuję się jakbym wróciła na studia, na praktyki terenowe. Jedyna różnica, że kopiemy odkrywkę w śniegu, a nie w ziemi.

Profil śniegu - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej
Kopiemy nasz profil śniegowy.

Gdy mamy już co najmniej metrowy profil, można przystąpić do oceniania poszczególnych warstw śniegu. Jak to robimy? Dzielimy sobie cały profil na w miarę równe części, w odstępach około 10 centymetrów. A potem każdą z warstw sprawdzamy pod kątem jej twardości, sprawdzając co i w jakim stopniu zagłębia się w śnieg. Rozróżniamy 5 stopni: pięść, trzy palce, palec, ołówek i nóż. Oczywiście nie ma konieczności noszenia ze sobą ołówka i noża, to tylko orientacyjne określenia.

Gdy mamy już sprawdzone wszystkie warstwy, analizujemy gdzie tak naprawdę zaczynają się kolejne warstwy i jak wygląda relacja sąsiadujących pokładów śniegu. Przyjmuje się, że wszystko jest dobrze, jeśli stopień twardości zmienia się o jeden w górę lub w dół. Potencjalnie niebezpieczna jest zmiana o dwa stopnie w którąś stronę. A zmiana o 3 stopnie pomiędzy sąsiednimi warstwami jest już bardzo niebezpieczna i oznacza bardzo duże ryzyko lawinowe.

Profil śniegu - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej
Profil śniegowy. Pierwsze pół metra to warstwa świeżego puchu, a potem poprzeplatane warstwy bardzo twarde ze średnimi. Wniosek był jeden: idąc wyżej trzeba by bardzo uważać.

Oczywiście taką próbę należy wykonać w miejscu, gdzie śnieg jest nienaruszony i gdy jest to miejsce w miarę reprezentatywne dla stoku. No i postarajmy się żeby w szale kopania nie przysypała nas jakaś lawina 😉

My wykopujemy profile w kilku miejscach, tak, aby zobaczyć, jak bardzo mogą się one różnić w pobliskich miejscach. Nam przypada kopanie profilu na zboczu wąwozu, gdzie było widać bardzo dużo nawianego śniegu.

Profil śniegu - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej
Kopiemy nasz profil śniegu.

Po wykonaniu pionowego profilu śniegu, robimy jeszcze test kompresji.

Pomaga to zrozumieć, jak stabilna (lub niestabilna) jest pokrywa śnieżna i ile trzeba siły, aby ją naruszyć.

Test jest dosyć prosty i bazuje na tym, co już wykopaliśmy. Także spokojnie, drugiej dziury nie będzie trzeba robić 😉

W przedniej ścianie, na której sprawdzaliśmy twardość poszczególnych warstw, wycinamy teraz prostokąt o boku równym szerokości łopaty. Ale uwaga, nie odcinamy go od stoku! Czyli najprościej mówiąc, pogłębiamy boki naszego wykopku. Następnie kładziemy łopatę na powstałym prostokącie i robimy test.

Najpierw uderzamy 10 razy dłonią, wyprowadzając ruch z nadgarstka. Obserwujemy, czy nasz słup śniegu tylko się kompresuje, czy może zaczyna się rozpadać. Kolejne 10 uderzeń wyprowadzamy z łokcia, czyli siłą rzeczy, używamy już trochę większej siły. Jeśli i to nie zniszczy naszego słupa, to powtarzamy jeszcze raz dziesięć uderzeń, ale tym razem uderzamy już z barku.

Jak interpretować wyniki? Czym dłużej nasz słup wytrzymał bez zawalenia się, tym lepiej i tym wytrzymalsza jest pokrywa śnieżna. Warto zwrócić uwagę, gdzie nastąpiło zniszczenie. Najczęściej będzie to w miejscu występowania słabej warstwy, co może nam potwierdzić poprzedni test oraz to, że istnieje warstwa poślizgowa dla lawiny.

Przyjmuje się, że stok jest stosunkowo bezpieczny, jeśli słup przetrwał około 25 uderzeń. Jeśli warstwa została zniszczona po 11 lub mniej ciosach, znaczy to, że stok jest bardzo niestabilny. Wszystko pomiędzy wymaga zachowania dużej ostrożności.

Wszystkie te testy nie są niestety niczym pewnym, są to dla nas tylko pewne wskazówki. Niestety, zimą w górach powyżej górnej granicy lasu zejście lawiny zawsze jest możliwe. Mniej lub bardziej… A zimowy kurs turystyki wysokogórskiej zdecydowanie nie sprawi, że będziesz nieśmiertelny.

Na koniec, nie zapomnijcie o zasypaniu Waszego arcydzieła. Wiem, że włożyliście sporo pracy i czasu, aby wykopać tę dziurę, ale jak wpadnie w nią jakiś skiturowiec po ciemku, to raczej nie będzie podzielał Waszego zachwytu nad nią 😉

Mamy też spore szczęście zobaczyć, jak wygląda lawina typu deska śnieżna, w miniaturze. Warstwa nawianego śniegu pęka promieniście i zjeżdża na sam dół.

deska śnieżna - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej
Miejsce obrywu mini deski śnieżnej.

Ostatnim zadaniem na dzisiaj jest nauka sondowania przez większą liczbę osób.

Zasypujemy kilka plecaków i oramy całe nasze poletko treningowe, żeby nie zostały żadne ślady po „zasypanych”. Właściciele plecaków mają niewyraźne miny, zupełnie jakby nie wierzyli, że jeszcze kiedyś je zobaczą. A opowieść instruktora, jak to kiedyś kilka godzin szukali jednego plecaka, nie napawa optymizmem 😉

Na początku idzie nam średnio i raczej nie przypominamy zgranego zespołu. Myślę, że bardziej wyglądamy z tymi sondami jak zagubione osoby niewidome niż ratownicy. Jedna sonda tu, druga tam, a trzecia w ogóle utknęła i nie można jej wyjąć ze śniegu. Dobrze, że plecakom było wszystko jedno, jak długo będą przysypane.

W końcu, około 16:30, kończymy ćwiczenia i zaczynamy kierować się w stronę Kuźnic. Jesteśmy nieźle styrani i obolali. Marzę tylko o tym żeby wyciągnąć się na łóżku, zjeść coś, wysmarować maścią przeciwbólową bark i pójść spać. Ale spokojnie, szans na odpoczynek za bardzo nie ma 😉 Zimowy kurs turystyki wysokogórskiej to zdecydowanie nie są wakacje.

Droga powrotna do Kuźnic.
Droga powrotna do Kuźnic.

Droga na dół dłuży się. Zła jestem na siebie, że nie wzięłam raczków. Jest ślisko, a każde dodatkowe utracenie równowagi oznacza ruch rąk i dodatkowy ból. Wzdycham. Wymarzyłaś sobie zimowy kurs turystyki wysokogórskiej, to teraz cierp.

widok z Kalatówek - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej
Tym razem widok z Kalatówek jest przepiękny.

Po powrocie na kwaterę mamy tylko godzinę czasu na ogarnięcie się i zjedzenie obiadu.

Jesteśmy tak styrani, że jednogłośnie zgadzamy się na pizzę z dowozem. Przebranie się zabiera mi wieczność i ostatecznie pomaga mi Marek, bo nie daję już rady. Smaruję się maścią przeciwbólową i przeciwzapalną. A potem biorę jeszcze Apap, bo z każdą chwilą nasila mi się ból głowy, a bark nie pozwala myśleć o czymkolwiek.

Śmiejemy się, gdy każdy po kolei bierze po tabletce. Okazuje się, że wszyscy narzekają na ból głowy, a niektórzy są też poobijani. Także jedność w grupie jest, a po nafaszerowaniu paracetamolem nawet morale skaczą do góry 😉

Wieczorem mamy jeszcze 3 godziny wykładu. Jest między innymi o sprzęcie zimowym, czyli coś co w teorii jest nam bardzo dobrze znane po kilku latach pracy w sklepie turystycznym. Potem przechodzimy do ciekawszych tematów, czyli planowania zimowych wyjść w góry, jak czytać komunikaty lawinowe, jak planować wyjazdy w wyższe góry i o co chodzi z całą tą aklimatyzacją?

Wszystko to było bardzo ciekawe, ale mniej więcej od 21:00 coraz więcej osób zaczynało odpływać i ostatecznie o 22:00 kończymy oficjalnie zajęcia tego dnia.

Jutro w planach jest już wyjście gdzieś wyżej. Pojawia się propozycja Świnicy. Idę spać podekscytowana, ale jednocześnie z obawami, co będzie jutro. I czy bark nie zdyskwalifikuje mnie z dalszej części kursu…

CDN